![]() | ||
Aktualności Kalendarium Nasze konkursy Materiały edukacyjne Ścieżki dydaktyczne Ośrodki edukacji Multimedia Forum Gry Partnerzy | ||
Jesteś tutaj > Informacja > |














4 lutego 2010, środa
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 15.25
Nieszczęście na czterech łapach
Wracałam ze szkoły. Myślami błądziłam daleko po przestworzach, słuchawki w uszach i urocza chrypka Garou odcinały mnie od świata rzeczywistego. “Belle” i “Gitan” (wiem, oklepane piosenki, ale i tak je kocham) szumiały mi w głowie i o mały włos nadepnęłabym na coś czarnego, skołtunionego.
Pod moimi nogami trząsł się mały, czarny, długowłosy i brudny kundelek. Widać było po nim, że kilka dni biegał, a właściwie szwendał się po Kazimierzy. Taki obraz nędzy i rozpaczy w wydaniu na żywo. I następuje dylemat? Co robić? Wziąć go do domu i nakarmić? Zostawić? Pierwsza opcja nie wchodziła w grę, mama nie lubi psów i pierwszy za drzwi wyleciałby pies, a za nim ja. Druga opcja była co najmniej nie do przyjęcia, była po prostu niemoralna. Wygrzebałam z kieszeni kilka złotych i pobiegłam do Lewiatanu. Wróciłam z pasztetem i dałam znajdce żeby zjadła. Szamał, że aż mu się uszy trzęsły. Nie mogłam wziąć go do domu, z bólem serca odeszłam w swoją stronę, a smutne oczy wpatrywały się w moje plecy. Okropne uczucie, bezradności.
Zastanawiam się dlaczego ludzie porzucają swoje pociechy i do tego na taki ziąb? Za daleko mają do schroniska? Jeśli już oczywiście muszą je zostawić. Schronisko jest 20km od Kazimierzy, strasznie daleko, prawda? Ludzie mają kawał mięsa bez kości zamiast serca!
31 stycznia 2010, niedziela
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 11.17
Syndrom znikających karmników
Po mszy zrobiłam sobie spacerek bo mieście, oblodzonym, zaśnieżonym, zimowym. Przeszłam tak zwane Ogrody, czyli ciche, spokojne uliczki, ulice główne “dolnej” Kazimierzy, potem poszłam na bloki czyli “górę” Kazimierzy.
Zauważyłam ciekawą rzecz.
Będąc w przedszkolu, czy w pierwszych klasach podstawówki robiliśmy karmniki. Takie zwykłe, drewniane karmniki dla ptaszków. Na druciku pod daszkiem wiązało się słoninkę, a na deseczkę sypało się okruszki, kładło kromki chleba. Czasem zabierało się karmniki do domu, czasem zostawały w szkole. W domu też robiłam z tatą karmniki… lubimy majsterkować. Karmnik stał na środku ogrodu na drewnianej nodze (prawie jak chatka Baby Jagi). Przynajmniej dwa razy dziennie biegałam z okruszkami do niego, ziąb nie ziąb, zamieć, nie zamieć - biegałam.
Chodząc po mieście nie zauważyłam nawet jednego karmnika, nawet połowy. Czy ludzie zapomnieli o naszych miejskich wróbelkach, sikoreczkach? Nawet na szkolnych parapetach nie było karmników. Skandal, dla mnie po prostu skandal. Sami napchamy żołądek, a maluszki skrzydlate to co? Same sobie nie nasypią jedzenia!
29 stycznia 2010, piątek
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 22.47
Jelenie bez rykowiska…Jechałam spokojnie z Koszyc do domu. Słońce odbijało się od śniegu, mróz znowu szczypał we wszystko co wystaje, a ręce przemarzały nawet w rękawiczkach. Ale było cudownie. W samochodzie grała się muzyka, a ja zaciekle dyskutowałam z mamą. W pewnym momencie samochód stanął na poboczu i mama kazała mi popatrzeć w prawo - wtedy je zobaczyła.
Majestatyczne, piękne, płoche. Dorastające symbole potęgi - jelonki i sarenki. Po prostu Jelonek Bambi w wydaniu na żywo! Nawet w Disneyu takich cudnych maluszków nie ma! Wysiadłam powoli z samochodu i wzięłam aparat (którego na marginesie długo nie mogłam znaleźć). Przeszłam przez jezdnię wymachując na prawo i lewo rękami - miało to na celu utrzymania równowagi, bo asfalt jak zwykle oblodzony, a chyba wystraszyło maleństwa. Popatrzyły na mnie - przynajmniej wydaje mi się, że na mnie, nikogo innego nie było na drodze - i… Panowie i Panie, galopkiem! Po prostu odwróciły się do mnie zadkami i między drzewa. A ja niewiele myśląc, hop w śnieg po pas i za nimi(nie dokazuj, mała, nie dokazuj!)… Nie zdążyłam ich dogonić, ale zdjęcia mają. Słabej jakości, ale zawsze. I te zwierzaczki od tylniej strony też są urocze!
Nie spodziewałam się zobaczyć tych maluszków tej zimy, a tu Kinder Niespodzianka… uwielbiam takie chwile!
Zdjęcia dodam jak tylko znajdę kabel od aparatu.
27 stycznia 2010, środa
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 10:12
Nasza zima zła!
Dzieci w przedszkolu radośnie śpiewają:
“Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
Szczypie w nosy, szczypie w uszy
Mroźnym śniegiem w oczy prószy,
Wichrem w polu gna!
Nasza zima zła!"
Myślę sobie, że ta obecna pogoda bardzo mi odpowiada. Nie przeszkadza mi sroga zima, nawet bardzo ją lubię. Uwielbiam kiedy śnieg skrzypi pod kozakami, kiedy policzki robią się czerwone, obłoczki pary unoszą się w powietrzu.
Wszyscy narzekają na temperaturę, czemu? Rozumiem, że samochody, zamki, furtki odmawiają posłuszeństwa, a na chodziku można stracić uzębienie, ale to jest właśnie polska zima! Polska zima, czyli czas kiedy śniegu jest po pas, nos przymarza do szyby, mróz maluje niesamowite wzory, a temperatura spada poniżej 20 stopni Celsjusza! Taka jest zima, a nie te wypłuczyny, które były przez kilka poprzednich lat. Odzwyczailiśmy się od mrozów, od niechcącego zapalić samochodu, od śliskich chodników, zamarzniętych zamków w drzwiach. Denerwuje nas kiedy na ulicy z naszych ostrożnych kroków wychodzi Jezioro Łabędzie i kiedy wełniana rękawiczka przymarza do metalowej poręczy (mnie osobiście się to zdarzyło wczoraj).
Wczorajszego dnia pojechałam z mamą i koleżankami do Koszyc. Piszemy projekt na konkurs i musiałyśmy zebrać materiały. Wyjeżdżając z domu, popatrzyłam na termometr, pokazywał dwadzieścia jeden stopni na minusie. Świeciło słońce i mróz szczypał we wszystko, co nie było otulone kurtką, czapką, szalikiem lub inną częścią garderoby. Zajechaliśmy tam na godzinę 11.00. W Koszycach było zimniej, czuło się to. Nic nam nie przeszkodziło. Zrobiłyśmy niesamowite zdjęcia, biegałyśmy po całym mieście aż przestałyśmy czuć nogi w kozakach. Powietrze nas orzeźwiło.
Taka jest prawdziwa zima, sroga, ale piękna, zimna, ale świeża. Polska zima.
“Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!
A my jej się nie boimy,
Dalej śnieżkiem w plecy zimy,
Niech pamiątkę ma!
Nasza zima zła!”
23 stycznia 2010, sobota
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 7:00
Nietoperze czas ratować
W sierpniu wyjechałam na wakacje z rodziną. Wyjazd w Pieniny niezwykle się udał, kocham góry, dla gór żyję, ale o tym nie tutaj. Wracając do domu zatrzymaliśmy się między innymi w Łącku. Jako miłośniczka architektury (kościoły, zamki, pałace - to jest to!) zaciągnęłam rodziców do kościoła. Piękna świątynia wczesnobarokowa św. Jana Chrzciciela. Stare mury, stare historie, stare wspomnienia i… nietoperze! Chodząc naokoło kościoła trafiłam na tablicę drewnianą, która mówiła o nietoperkach w Łącku. Zwierzątka z dwóch gatunków: Podkowca Małego i Nocka Dużego żyją sobie spokojnie na poddaszu kościoła jako zagrożony gatunek. Cieszę się, że ludzie z Łącka wyszli z inicjatywą ochrony malutkich, kochanych nietoperzyków. To piękny gest szczególnie, że nie wszyscy lubią nietoperki. Osobiście miałam z nimi spotkanie kilka razy w życiu i zawsze kończyło się to piskiem i krzykiem z mojej strony. U nas w dawnym domu, w Odonowie często bywały nietoperze, zagnieździły się w stodole sąsiadów i latały nam nad głowami. Raz taki gacuś… Zaplątał mi się we włosy… Nieprzyjemne uczucie. Długo potem bałam się wychodzić wieczorem, albo zawiązywałam chustki na głowę. Potem spotkałam je kilkakrotnie kiedy wędrowałam po różnych grotach. Zawsze z dość bliskiej odległości. Zwierzaczki całkiem milusie, ale mogą napędzić stracha na całego. Ludzie z Łącka zrobili naprawdę cudowną rzecz ratując te maluszki, zostawili je w spokoju, zapewnili ochronę, przyszłe pokolenia będą im za to wdzięczne. Ja jestem wdzięczna!
22 stycznia 2010, piątek
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 11:00
Ekologiczna pomyłka
W ostatnich latach bardzo dużo słyszy się o ekologii. Ekologiczna żywność, sposób bycia, ekologiczne domy, torby i ekolodzy. W tym wszystkim chodzi o to żeby chronić przyrodę i promować zdrowy styl życia. I pojawia się problem, bo ekologia nie jest wcale tą ekologią, o którą nam chodzi. Bo:
Ekologia - (gr. oíkos + lógos = dom + nauka) nauka o strukturze i funkcjonowaniu przyrody, zajmująca się badaniem oddziaływań pomiędzy organizmami a ich środowiskiem oraz wzajemnie między tymi organizmami. Zazwyczaj za najważniejsze pojęcia w ekologii uważa się: populacja, biocenoza, ekosystem, krajobraz, biosfera, sukcesja ekologiczna.
Krótko pisząc ekologia zajmuje się relacjami organizm -> organizm, lub organizm -> środowisko.
I nastąpił problem, czym jest nauka zajmująca się ochroną przyrody? Wytłumaczenie znajduje się w podręczniku do biologii w drugiej klasie gimnazjum. Ja jednak skorzystam z innego źródła:
Sozologia (gr. sódzo=ochraniam, sódzein=ochraniać + lógos=nauka) - nauka o czynnej ochronie środowiska naturalnego, nauka zajmująca się problemami ochrony środowiska, przyczynami i następstwami niekorzystnych zmian w strukturze i funkcjonowaniu układów przyrodniczych (ekologicznych), zmian wynikających z rozwoju cywilizacji oraz sposobami zapobiegania im i łagodzenia ich skutków. Sozologia to nauka zajmująca się problemami ochrony przyrody i jej zasobów, bada przyczyny i skutki przemian w naturalnych lub zmienionych przez człowieka układach przyrodniczych, zachodzących na skutek procesów antropogenicznych.
Więc mamy ekologię, która wcale nie dba o ochronę przyrody i ekologów, którzy w gruncie rzeczy są sozologami. Świat od lat staje na głowie i tu mamy dobry przykład. Jestem ciekawa z czego wynikła ta pomyłka. Z niewiedzy? Z niedopatrzenia? Czy da się zmienić, przechrzcić działania sozologów? A może lepiej nie naprawiać błędu? Ujma na honorze miłośników przyrody i biologów.
18 stycznia 2010, poniedziałek
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 19.48
"Rzeczpospolita" donosi…
Znalazłam dzisiaj na strychu (Boziu! Jak ja uwielbiam myszkować po strychu!) po przekopaniu połowy pomieszczenia stare wydanie “Rzeczpospolitej”. Numer pochodził z 5 grudnia 2008. Był tam wywiad z Jerzym Buzkiem na temat inwestowania w działania ekologiczne. Bardziej zaintrygowało mnie stwierdzenie, że Pan Buzek jest w 90% przekonany, że człowiek jest odpowiedzialny za globalne ocieplenie. Oczywiście są jeszcze inne czynniki: promieniowanie słoneczne i jego intensywność, geotermia, wulkany. Zastanowiło mnie dlaczego ten “zbawienny” postęp technologiczny i wszystko co się z nim wiąże, tak naprawdę tylko nam szkodzi i dlaczego jeszcze nikt tymi facetami na wyżynach społecznych, co wszystkim kierują mocno nie potrzepał. Bo popatrzmy:
Człowiek -> rozwój technologii -> emisja dwutlenku węgla i innych gazów do atmosfery -> ocieplanie klimatu -> klęski powodziowe, klimatyczne itp.
Potem sytuacja się powtórzy, zatoczy koło: człowiek znów zacznie poszerzać swoją wiedzę technologiczną, znów zacznie szkodzić naturze i… każdy wie, co będzie dalej. Zobaczcie ludziska - nasze działania teraz mają wpływ na przyszłość. Ktoś zaraz zauważy, że przecież działanie jednego człowieka cudu nie dokona. Być może nie. Przypuśćmy jednak, że pięć, albo dziesięć tysięcy osób powie sobie, że przecież ich działanie nic nie zrobi i dalej będzie siedział w tym bagnie - zmienia postać rzeczy? No właśnie! Jednostka dużo nie zdziała, ale będąc częścią całości musi wziąć się za siebie.
Krzyczę więc: OPAMIĘTAJCIE SIĘ!
5 stycznia 2010, wtorek
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 14.42
Poszukiwany / Poszukiwana
W szóstej klasie mieliśmy w pracowni przyrodniczej malutkie akwarium ze zwierzaczkami. Pojawiło się niespodziewanie i wywołało niemałe zainteresowanie. Po prostu pewnego dnia przyszliśmy na lekcje przyrody i akwarium już tam stało. Malutkie, niepozorne, pełne roślinek, gałązek. Tylko nie mogliśmy dojrzeć, co w nim jest, inne klasy również nie wiedziały. Nauczycielka nie chciała nic powiedzieć. Po długim męczeniu i proszeniu, przyrodniczka zaczęła sypać… Okazało się, że w środku są patyczaki. Zupełne zaskoczenie. Dzieci jak to dzieci. Zaczęliśmy obserwować akwarium i zwierzaki, których dalej nie mogliśmy dojrzeć. W końcu Mateusz krzyknął, że je znalazł. Rzuciliśmy się wszyscy biegiem do akwarium… To było coś niesamowitego. Malutkie owady, które w normalnych okolicznościach wzięłabym po prostu za kawałek gałązki były na wyciągnięcie ręki. Przepychaliśmy się między sobą dopóki pani nas nie odgoniła. Od tej pory patyczaki (roboczo nazwane przeze mnie Misia i Zdzisia) nie miały ani chwili spokoju. Dokarmiane, ciągle obserwowane przez spragnionych nowości uczniów żyły sobie w sali dwudziestej.
Pewnego dnia stało się coś strasznego - nie mogliśmy wśród roślinek znaleźć ani Zdzisia, ani Misi. Patyczaki jak to patyczaki, mogły się gdzieś wcisnąć. Pani nas uspokoiła, że może za jakiś czas znowu wyjdą nam na spotkanie. Czekaliśmy… Nie pojawiły się. Rozeszła się plotka, że nasze kochane owady dały dyla… Zapanowała ogólna rozpacz. Szukaliśmy ich po całej pracowni, po wszystkich kątach… Na próżno… Podobno ostatni raz były widziane w torbie Kamili.
Czy żyją, czy naprawdę były między książkami koleżanki, czy kiedyś się znalazły? Tego nie wiedzą nawet najstarsi górale.
1 stycznia 2010, piątek
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 20.58
Rozmyślania noworoczne
“Dobrze jest człowiekowi
żyć z głową w chmurach
a myślom
dać mieszkać pośród orłów,
ale musi on też myśleć o tym,
że im wyżej drzewo
wspina się ku niebu,
tym głębiej musi zapuścić korzenie
w serce matki Ziemi”
Przysłowie indiańskie z plemienia Crow
Mamy marzenia małe, duże, prozaiczne, ambitne, śmieszne i poważne, niemożliwe do zrealizowania i te na wyciągnięcie ręki. Każdy inne, każde na swój sposób niepowtarzalne i niezwykłe, tak jak niezwykły jest każdy człowiek. Lubimy usiąść z kubkiem ulubionego napoju i pobujać w obłokach, taka jest nasza natura. Nie zapominajmy tylko, że aby wejść wysoko, trzeba zapuścić głęboko korzenie. Nie zapominajmy o Ziemi, Matce, która nas wychowała na zielonych łąkach, w gęstych lasach i na stromych górach. Ona nas karmi, pokazuje nam jak niezwykle różnorodne jest nasze otoczenie. Otwiera nam oczy na piękno wschodzącego słońca i na światło odbijające się na pancerzyku żuczka. Jeśli zapomnimy o niej to nie zajdziemy daleko, świat nam zszarzeje i nie będziemy już cieszyć się z każdego zielonego źdźbła trawy.
Życzę Wam w Nowym Roku zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń, uśmiechy, radości z każdego nowego dnia, aby był niezwykły i niezapomniany. Szczęśliwego Nowego Roku!
30 grudnia 2009, środa
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 13.25
O wizycie księdza i świętym Franciszku…
“(...)Pochwalony bądź, Panie, przez brata naszego, księżyc, i nasze siostry gwiazdy;
Tyś ukształtował je w niebie jasne i cenne, i piękne.(...)
Pochwalony bądź, Panie, przez siostrę naszą, matkę ziemię,
Która nas żywi i chowa,
I rodzi różne owoce z barwnymi kwiaty i zioły. (...)
Chwalcie i błogosławcie Pana, i czyńcie Mu dzięki,
I służcie Mu z wielką pokorą.”
Św. Franciszek z Asyżu
Nie lubię, kiedy ksiądz chodzi po kolędzie. Może inaczej - lubię kiedy ksiądz przychodzi, ale nie lubię stać w oknie, albo na balkonie i krzyczeć do sąsiadów “Idzie ksiądz?!”. Takie wystawanie z nosem przy szybie męczy mnie strasznie i obrzydza mi cały dzień. Dzisiaj w dodatku zostałam sama z tatą, mama musiała iść do pracy. Zerwana z łóżka skoro świt, ubrana w najlepsze ubranie, przejrzawszy czy zeszyt uzupełniony stałam w oknie jak panienka na wydaniu i wyglądałam czarnej sutanny. Godzina i nic… półtorej godziny - nic… dwie godziny - nic a nic… W końcu ministranci pojawili się na horyzoncie… Na złamanie karku zbiegłam po schodach do salonu i czekaliśmy. Ksiądz przyszedł, pobłogosławił dom, odmówił modlitwy, wpisał w dokumenty, co miał w pisać i zaczął rozmawiać z tatą. Jak to w tych czasach jest, jak to z pracą i tak dalej. W końcu jednak przeniósł swoje zainteresowanie na mnie, wypytał mnie dogłębnie o szkołę, jakie przedmioty lubię:
- Historię, język polski, biologię.
- Biologię…? - zdziwił się ksiądz - Tutaj przedmioty humanistyczne, a tutaj biologia?
- Ścisła, ale fajna. Szczególnie ekologia.
- Anatomia już nie? - roześmiał się ksiądz.
- Nie, zdecydowanie nie! A ksiądz też lubił biologię? - wypaliłam
- Nie, ale warto przyjrzeć się co się dzieje na świecie pod kątem środowiska. Św. Franciszek w Niebie pewnie się przewraca i włosy z głowy rwie.
- To znaczy? - zdziwiłam się i spojrzałam na tatę, milczał, nie wtrącając się do rozmowy.
- Św. Franciszek jest przecież patronem ekologów. To co teraz się wyprawia przechodzi ludzkie pojęcie i boskie też.
Moja głupota! Jak mogłam o Biedaczynie z Asyżu zapomnieć? Strzeliłam sobie jawnego samobója i to przy katechecie! I za co ja mam te szóstki z religii? Gdyby głupota mogła fruwać, unosiłabym się wtedy jak gołębica!
- Ma ksiądz rację, znęcamy się nad środowiskiem i w końcu ono poznęca się na nas - pociągnęłam temat, uciekając od gafy. Ksiądz tylko uśmiechnął się pod nosem.
- Tak, tak… Jak tak dalej pójdzie to będziemy hodować wielbłądy zamiast krów, czy świń. Klimat się zmienia.
- Niech ksiądz uważa - wtrącił się tata - Monika mogłaby godzinami rozmawiać o ekologii i nie męczy jej to.
- Chętnie bym pogadał, ale czas goni - zakończył rozmowę ksiądz, podnosząc się - Życzę panu zdrowia, panie Waldemarze, a ty, Moniś nie przemęczaj się tak nauką, bo w pokoiku nauczycielskim chodzą słuchy, że bierzesz na siebie za dużo, miej czas odpocząć… Szczęść Boże!
- Szczęść Boże! Uwaga na schodach, śliskie!
Zamknęły się za księdzem i ministrantami drzwi, a ja zaczęłam gasić świeczki. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek porozmawiam z księdzem o środowisku. Dziwny jest ten świat, jak napisał Niemen.
- I widzisz Moniek, od wiosny zaczynamy budować zagrodę dla wielbłądów - zaśmiał się tata, klepiąc mnie po plecach. Może to nie taki głupi pomysł, w takim tempie zmian klimatu może się przydać…
Naszły mnie teraz refleksje o św. Franciszku patronie ekologów. To był niesamowity człowiek nie tylko pod kątem religijnym. Jego miłość do przyrody była nieprawdopodobna. Siłą swego niezwykłego charakteru sprawiał, że nawet świat zwierząt stawał się mu posłuszny, stało się tak w przypadku wilka z Gubbio (ku przypomnieniu: święty prosił go aby nie wyrządzał ludziom krzywdy). Ogrodnikowi doradzał aby na krańcach ogrodu zostawił nie przekopany zagon, aby tam wolno mogły rosnąć zielska i wielkie trawy, stosując znaną nam wszystkim zasadę zachowania różnorodności gatunkowej. Pochylał się nawet nad małymi robaczkami, które podnosił z ziemi aby ich nie zdeptano, pilnując poprawnego zachowania równowagi w środowisku naturalnym. To wszystko jest piękne i aż niepojęte. Taka wielka miłość do przyrody, aż chce się brać przykład z takiego człowieka.
30 grudnia 2009, środa
Donosy, Kazimierza Wielka
Godz. 16:56
„Najtrudniejszy jest początek [...]”
Gabriel García Márquez
Początek pamiętnika - zawsze najtrudniejszy.
Początek mojego życia dla ekologii - trudny i niespodziewany.
Druga klasa, drugi rok biologii, drugi rok męczarni? Wcale nie! Pierwsza klasa była dla mnie czystą torturą. Nie cierpiałam biologii, miałam z niej trójkę na koniec roku, anatomia nie leżała mi
na żołądku. Cały rok męczyłam się nad podręcznikiem, wylewałam na koniec roku hektolitry łez, każda kartkówka z mięśni, tkanek, kości, układów była horrorem. Bałam się drugiej klasy, bałam
się kolejnych lekcji biologii… Niepotrzebnie…
Druga klasa była czystą sielanką. Wspaniałe tematy, które od razu wzięłam sobie do serca. Najpierw o prawidłowym trybie życia, potem już raj na ziemi - ekologia, tolerancja ekologiczna, układy przyrodnicze, biomy, zwierzęta, rośliny, formy ochrony przyrody. Byłam wniebowzięta, na lekcje pędziłam jak na skrzydłach. Sama lgnęłam do biologii, nie było dnia żebym nie przeczytała notatek z zeszytu, tematu w podręczniku, czy książki o ekologii, sama garnęłam się do poszerzania swoich horyzontów. Nie musiałam się nawet tego specjalnie uczyć, samo mi wchodziło do głowy. To było niemal nawrócenie na dobrą, ekologiczną drogę.
Pani biolożka też była zachwycona moją nagłą odmianą. Dziwiła się kiedy zgłaszałam się na kolejne konkursy ekologiczne, olimpiadę z biologii (nie poszłam, pani zdecydowała, że jeszcze nie czas), kółka i programy. Sama się sobie dziwiłam, ale kiedy tylko pojawiało się nowe wyzwanie - już się za nie brałam. To była dla mnie niemal sprawa honorowa.
Pamiętam swoje pierwsze kroki na kółku pozalekcyjnym. Wystraszona drugoklasistka stojąca gdzieś w kącie, sam na sam z trzecioklasistkami. Cała nasza grupa to były dziewczyny. Byłam speszona, przestraszona, bałam się odezwać. Gdyby nie koleżanka, która też się zapisała w ostatniej chwili, chyba nie znalazłabym odwagi do wypowiedzenia swojego zdania. Na korytarzu przed klasą wszystko wydawało mi się straszne i obce, lecz kiedy tylko weszliśmy do pracowni to atmosfera zmieniła się diametralnie. Poznałam się z resztą “brygady” i poszło już z górki. Pracowałyśmy w czwartek na siódmej godzinie przez cztery-pięć miesięcy, a wszystko minęło jak jeden dzień. Biolożka zasypywała nas nowymi tematami do rozmów, nawet gorących dyskusji, nowe projekty, zadania, zabawy - czas na śmiech i zaciekłe debaty… magiczne chwile. Ciężko było zamykać kółko i chować wszystkie nasze projekty do szafy. Jednak to czego się nauczyłyśmy zostanie nam długo w pamięci i - co najważniejsze- w sercu. Jestem już w trzeciej klasie, ale nauki z ubiegłego roku są nadal aktualne.
Siedzę teraz przed laptopem i piszę te słowa. Za oknem pada śnieg, mokry, dobry do lepienia bałwana. Herbata stoi na biurku i paruje wesoło. Zastanawiam się co robić przez następną część dnia, może zajrzę do starych notatek, wyjdę wieczorem na spacer, a wieczorem przygotuje się na przyjazd gościa sylwestrowego? Mam czas dla siebie, czas dla rozmyślań o ekologii, czas dla myślenia
o przyrodzie.